Pecunia, jak to mówią, non olet…

Pewien autor, niejaki Dennis E. Taylor, napisał kilka lat temu książkę, której bohater zdecydował się na hibernację w przypadku śmierci, uległ wypadkowi i obudził się jako wsad do sondy von Neumanna, mającej eksplorować nowe układy gwiezdne. Idea się udała, główny bohater, jak to sonda von Neumanna, sklonował się wielokrotnie, jego klony miały gazylion interesujących doświadczeń, a autor napisał trzy kolejne tomy kontynuacji.

Bobiwersum (bo główny bohater miał na imię Bob) podbiło czytelników, doczekało się tłumaczeń (co najmniej na polski, francuski i niemiecki, a pewnie jeszcze kilku, o których nie wiem), więc autor napisał kolejny tom. I wydał.

Jako audiobook.

Wyłącznie.

I tu pojawił się problem.

Większość obecnie wydawanych książek jest wydawana od razu w wersji papierowej i elektronicznej (jako e-book), a audiobook często wychodzi równocześnie. W ten sposób czytelnicy mają wybór, jaka forma przyswajania treści odpowiada im najbardziej. Niektórzy wolą literki. Inni wolą nagrania.

Osoby z niepełnosprawnościami wzroku mogą skorzystać z czytników przekładających tekst na mowę – to jest powszechnie dostępne oprogramowanie, a coraz więcej serwisów publikujących czy sprzedających książki udostępnia taką opcję w pakiecie. Nie wiem czy nadal istnieją urządzenia tłumaczące tekst na Braille’a, ale jeśli ktoś woli ten sposób odczytu, to chyba nadal istnieje taka możliwość.

Osoby z niepełnosprawnościami słuchu mogą zwykle po prostu książkę przeczytać.

Osoby uczące się języków obcych mogą skorzystać z opcji synchrobooka – czyli jednocześnie czytać tekst i słuchać nagrania – to świetnie pomaga nauczyć się prawidłowej wymowy i/albo czytania w obcym języku (szczególnie jeśli używa on innego alfabetu).

Ale co się dzieje, jeśli mamy najpierw audiobook? Albo, co gorsza – wyłącznie audiobook?

No cóż, tu jest problem. Bo o ile łatwo lektorowi przeczytać tekst napisany, o ile można to nawet zrobić automatem, o tyle zamiana mowy na tekst jest o wiele bardziej skomplikowana – ludzie mają różne głosy, mówią różnymi akcentami, interpretują ten sam fragment tekstu z różną intonacją. Nagranie głosu może czasem zawierać dodatkową warstwę z efektami dźwiękowymi czy podkładem muzycznym.

Owszem, od pewnego czasu są usługi translacji mowy na tekst – ale zwykle kosztują. Możemy płacić za czas nagrania albo mieć określoną ilość minut w miesięcznym abonamencie – ale jest to dodatkowy koszt w stosunku do ceny samej książki – i wydawca nam tego nie zwróci. Ponadto zawsze istnieje ryzyko, że osoba (czy AI) dokonująca transkrypcji nie zrozumie jakiegoś słowa czy fragmentu, a prawie na pewno będzie mieć problem z nietypowymi nazwami własnymi.

Ja z kolei mam inną przypadłość: mam duży problem z przyswajaniem informacji, które słyszę – po prostu nie umiem dobrze zapamiętywać tego, co usłyszałam (szczególnie jeśli akurat odczuwam jakieś silne emocje). W dodatku słuchanie wymaga skupienia uwagi, a jako osoba z ADHD mam z tym duży problem.

Za każdym razem, gdy próbuję słuchać nagrania głosu, kończy się to tak, że co chwila tracę koncentrację i muszę nagranie cofać. A to jest niewygodne, bo większość aplikacji obsługuje skok o określoną liczbę sekund – 10. 15, 30… Tymczasem ja potrzebuję zwykle cofnąć o kilka sekund. Przy czym słuchanie po raz kolejny tego samego fragmentu jest uciążliwe, mózg rozprasza się wtedy jeszcze łatwiej.

W efekcie słuchanie audiobooka jest dla mnie bardzo męczącą formą przyswajania treści. Wytrzymuję kilkanaście minut jednorazowo.

Dopiero niedawno przyszło mi do głowy, że to w gruncie rzeczy też jest pewna forma niepełnosprawności słuchu.

Statystyki mówią, że wśród 38 milionów Polaków mamy ok. pół miliona osób głuchych i ok. 0,9 miliona osób ze znaczną niepełnosprawnością słuchu. To jest ok. 3,6 procent społeczeństwa. A nie mam danych dotyczących osób z lżejszymi formami niepełnosprawności. Dane dotyczące USA mówią o 5 procentach ludności. Możemy przyjąć, że odsetek osób głuchych i niedosłyszących jest podobny w całej ludzkiej populacji.

To może nie jest powalająca liczba dla kalkulacji biznesowych. Ale wizerunkowo to jest moim zdaniem bardzo duży strzał w stopę, na który autor nie powinien sobie pozwalać. No ale kto bogatemu zabroni.

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby wydać książkę, będącą kolejnym tomem dość popularnego cyklu, wyłącznie w okrojonej i nie dla wszystkich dostępnej formie. Nie sądzę, żeby autor świadomie lekceważył część swoich czytelników. Ale wyszło bardzo niefajnie. Tym bardziej, że nigdzie nie znalazłam informacji, kiedy (ani nawet czy!) pojawi się wersja tekstowa.

A autor podobno pracuje nad kolejnym, szóstym tomem…

Dodaj komentarz